niedziela, 15 października 2017

Rozdzial VI

Wracam z kopniakiem weny i energii, już po maturze i z wszystkimi problemami za sobą. Możecie się mnie tu spodziewać już niedługo z nowym rozdziałem! Buziaki!


ROZDZIAŁ VI


Jednak co oznacza określenie "mój"? Nie potrafiłam nigdy dojrzeć prawdziwej istoty tego słowa, przecież to tylko kilka liter bez znaczenia. Mogłam nazywać go swoim chłopakiem, czy jednak posiadałam go całego? Czy każdą cząsteczką jego duszy przenikała przeze mnie, jednocząc się z moją osobą, faktycznie BĘDĄC mną? Steve nigdy nie był i nigdy nie zostałby mój, nie dopóki ja nie byłam jego.
Westchnęłam. Właśnie, zacznijmy od tego, ze nigdy nie potrafiłabym się mu oddać. Sprzedałam swoja dusze jedynemu mężczyźnie, który nigdy nie mógł być mi pisany. Jeżeli Lokiego nazwać było można mężczyzną, przecież to kosmita...
Zaśmiałam się z ironią i żałośnie usiadłam na łóżku, na którym spędzałam większość ostatnich dni. Ćwiczenia fizyczne przestały mieć dla mnie znaczenie, gdy dopadło mnie poczucie winy. Palące uczucie nie chciało odpuścić, mimo ze próbowałam jakoś się przed sobą usprawiedliwić. Steven mógł przecież zacząć związek z kimś, kto potrafiłby mu oddać cale swoje jestestwo, stać się wręcz jego cząstką- zrobić coś, do czego ja nie byłam zdolna. Zaprzedać się komuś, kto wykorzystał mnie z egoistycznych pobudek przejęcia kontroli nad moimi bliskimi i ich życiem? Tylko mnie stać było na taki brak lojalności wobec drużyny. Od kilku lat nie byłam już tylko pomocnikiem- tą dziewczyną, które przydała się podczas kilku akcji. Dzięki ciężkim treningom spełniłam marzenie- reszta w końcu mnie doceniała i traktowała jak równą sobie osobę, która zasłużyła na miejsce w elitarnej grupie superbohaterów.
Delikatny uśmiech przyozdobił moje usta, gdy o tym pomyślałam. Jak mogłam tak ławo odrzucić marzenie?!
Wstałam z łóżka, strzepując z ramion ostatnie skry bezsilności, niepewności i lęku. To byłam ja, musiałam znaleźć wyjście z sytuacji. Steven został skrzywdzony, ale da sobie radę. A ja musiałam przestać walczyć z poczuciem winy i po prostu przyjąć do siebie to, że zraniłam najlepszego przyjaciela. Nadszedł czas na naprawę relacji z blondynem, jeżeli oczywiście pozwoliłby mi się w ogóle do siebie zbliżyć.
Z nadzieją w sercu ruszyłam ku drzwiom.


***


- Nie będziesz mnie nawet przepraszać - zaczął poważnym tonem, gdy tylko wsunęłam głowę do jego pokoju. Zdziwiona zmarszczyłam brwi. Chciałam coś powiedzieć, nawet już otwierałam usta, przerwał mi jednak ostrym spojrzeniem bystrych oczu. - Nana - kontynuował - Nigdy nie chciałem cię do czegoś zmuszać. Przyjaźnimy się, wspieramy... Zależy nam na sobie. Mogło nam nie wyjść na tej płaszczyźnie, wychodzi natomiast na innej, to nic złego, że nie czujesz do mnie nic więcej niż miłość braterska.
Powoli rozchyliłam drzwi, wchodząc do środka. Delikatnie zamknęłam je za sobą, gdy kontynuował w skupieniu skubiąc nitkę przy luźniej, jasnoszarej bluzie, która podkreślała lód w jego oczach. Wtedy widziałam w nich wzburzone fale mroźnego oceanu, nawał emocji kotłujący się głęboko wewnątrz jego głowy, pieniący wargi blondyna, gdy z napięciem wypuszczał z siebie coraz to nowsze zdania. Znieruchomiałam tuż obok niego, bez wzoru na zachowanie się w tej sytuacji w głowie. Po prostu stałam, spijając kolejne słowa z jego warg, tak jak kiedyś zbierałam z nich najsłodsze z pocałunków. Nie miałam na tyle odwagi i ani kropli braku szacunku do niego, by przerwać choć na chwilę. Musiał naprawdę intensywnie o tym myśleć podczas kilku ostatnich dni, by teraz mówić z taką płynnością i skupieniem. Usiadłam więc w nogach jego łóżka, zaplatając nogi w bezpieczny precel.
- Starałem się jakoś to sobie poukładać w głowie. Dojrzeć tą dobrą stronę sytuacji - zamyślił się na krótki czas- Spójrz, jak dobrą parą byliśmy przez dwa lata! - Dokończył z radością, pokazując przy tym wąski półksiężyc białych zębów. Też mimowolnie uśmiechnęłam się na samą myśl o tych wszystkich przyjemnych chwilach. Przytaknęłam, kiwając lekko głową. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, w swoich głowach wyświetlając projekcje wspomnień.
- Dziękuję - wyszeptałam w końcu. Skinął głową, lekko mrużąc oczy, zupełnie jakby chciał powiedzieć, że "nie ma sprawy", nie miałam jednak czasu na analizę tego gestu, gdyż ktoś zaczął krzyczeć zza drzwi.
Wybiegliśmy w jednej chwili na korytarz, przeganiając się w progu jak za dawnych czasów. Niestety nie zdążyłam zachichotać z ulgą, gdyż w chwili pokonania korytarza i wejścia do salonu, moim oczom ukazał się Stark. Cały czarny, z zadymioną twarzą.
- Pożar? - Zdążyłam tylko zapytać, niezdolna do wygłaszania dalszych hipotez. Tony jedynie odwrócił wzrok, podczas gdy wkurzony Bruce biegał dookoła niego z igłą i próbował zszyć rozległą ranę ciętą na ramieniu szatyna. Zakryłam dłonią usta, podczas gdy Steve bez chwili zastanowienia ruszył naukowcowi na pomoc. Razem opatrywali obrażenia milionera, krzycząc do siebie krótkie polecenia, bo tak łatwiej było im się porozumieć w natłoku emocji. Ja tymczasem w bezruchu obserwowałam jak do pomieszczenia wbiegają Natasha z Clintem. Nie potrafiłam ruszyć się z miejsca, ogarnął mnie paraliżujący strach, a później już ogromne podniecenie. Coś ciągnęło mnie w stronę mojej sypialni, czułam za sobą magnetyzującą obecność. Znałam to uczucie.
Szybko obróciłam się na pięcie i zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę pokoju w połowie korytarza, mijając plakaty na ścianach. Pociągnęłam ostro za klamkę, otwierając wejście do skąpanego w półmroku miejsca pełnego ciepłych koców i poduszek. Jedną z nich miał na kolanach niezapowiedziany gość i - zapewne - sprawca całego tego zamieszania.
- Co tu robisz? - Spytałam krótko. Uśmiechnął się z drwiną, przy czym jego zęby błysnęły w cieniu.
- Tęskniłaś? - Rzucił szyderczo. Tylko prychnęłam, wchodząc głębiej do sypialni.
- Co mu zrobiłeś? - Zignorowałam poprzednie pytanie, ponieważ potrzebowałam pilnie odpowiedzi. Tak bardzo bolało mnie to uczucie do kogoś, kto z radością krzywdził moich bliskich! Loki odwrócił przenikliwy wzrok od moich oczu. Poczułam za sobą czyjąś obecność.
Thor wsunął się do pomieszczenia z mniejszą gracją niż jego brat. Patrzyli na siebie przez chwilę- jedno próbowało rozgryźć drugie. Spięłam się, wiedząc, że blondyn jest świadkiem mojego spotkania z brunetem. Ten jednak jedynie uśmiechnął się smutno.
- Loki nam pomógł - powiedział krótko, z mocą przywódcy, buchając autorytetem i poczuciem odpowiedzialności za nas wszystkich. Nie miałam psychicznej siły, by nie przyjąć do siebie tak sugestywnie wypowiedzianych słów. Thor potrafił być prawdziwym królem, gdy chciał - Wyniósł naszego przyjaciela z płonącej Wieży Stark, ledwo przytomnego - zmarszczył przy tym brwi, jakby sam nie mógł uwierzyć w swoje słowa. - Właściwie to współpracuje z nami już od jakiegoś czasu, wybacz - skruszony podniósł swój wzrok na moje oczy, po czym od razu go opuścił. Z niedowierzaniem spojrzałam na Lokiego.
- On żartuje? - Bardziej zapytałam niż stwierdziłam. Między brwiami zielonookiego pojawiła się pionowa zmarszczka. Uchylił lekko usta, wyraźnie szukając w głowie odpowiednich słów. Jego czoło wygładziło się, gdy kręcił głową, rozsypując po twarzy wyraźnie dłuższe niż ostatnio kruczoczarne włosy. Nabrałam szybciej powietrza, niemal się nim krztusząc.
Czy ja słyszałam prawdę? On nam POMAGAŁ?
Thor obserwował naszą dwójkę, tę głuchą wymianę zdań. Przygryzł wargi, po czym cofnął się o jeden krok w stronę drzwi.
- Nie będę wam przeszkadzał. Wierzę, że macie kilka nierozwiązanych spraw. - Blondyn ukłonił się krótko i wyszedł.
Chciałam spytać, czy postać nie była tylko iluzją magika, przypomniało mi się jednak, że nie jest w stanie używać przy mnie swoich niecodziennych zdolności. Liczyłam na jakiekolwiek wyjaśnienie tej całej sytuacji.
Głęboki, aksamitny głos oderwał mnie od własnych przemyśleń.
- Pracował nad jakimś projektem i wybuchł pożar. - Rzucił krótko, chrypiąc na ostatnim słowie. Uchyliłam lekko usta, mierząc bladego mężczyznę od bosych tym razem stóp po szczyt bujnej czupryny.
- Od kiedy z nimi współpracujesz? - Rzuciłam tylko. Na jego szczupłej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, który tylko uwydatnił ostre kości policzkowe i zdecydowaną linię szczęki. Chciałam gryźć te kości.
- Może nie pokazuję tego zbyt umiejętnie... - Wziął płytki wdech, odwracając wzrok w bok, skupiając go na najciemniejszym kącie pokoju, zupełnie jakby sięgał w najgłębsze odmęty swej zbrukanej złem duszy. Przełknął wyraźnie ślinę. - W jakiś sposób pokazuję jednak, że nie jesteś mi obojętna - stwierdził ostrym głosem, zwracając ku mnie dwa szmaragdy ukryte do połowy za kurtyną gęstych rzęs. Był tak piękny...
- Nie patrz tak na mnie - powiedziałam płytko, bez powietrza w płucach. Jego wzrok mroził mi krew w żyłach, zatrzymywał bicie serca, po czym rozbijał taflę na oceanie strachu, budząc mnie do życia, rozlewając po ciele fale ciepła. Czułam gorąco na policzkach.
Uśmiechnął się kącikiem ust, marszcząc blade płótno skóry delikatnym dołeczkiem. Wstał powoli, zbliżając się do mnie jak drapieżnik do zwierzyny, po czym wyciągnął dłoń i najdelikatniejszym z gestów odgarnął mi włosy z czoła. Wpadłam w amok, oddychając coraz szybciej. Serce waliło jak oszalałe, oczy skakały od jednego detalu jego twarzy do kolejnego.
- Chodź tu do mnie - wymruczał. Dopiero gdy był tak blisko dostrzegłam smugi sadzy zaraz pod linią jego szczęki. Czy chrypka była związana z ilością dymu, jakiego musiał się nawdychać, wynosząc Tony'ego z wieży?
Nie miałam nawet chwili na dalsze przemyślenia, bo już jego zimne wargi muskały moje. Emocje wybuchnęły nagle, gdy w porywie odwagi rozchylałam usta i błagałam o więcej. Nie udawał niedostępnego ani przez moment, po prostu dał mi wszystko, o co prosiłam tym dotykiem, złączając nasze języki w tańcu pełnym śliny i wzdychań.